Blog
autodafe
Eine
Eine Fizyk
158 obserwujących 776 notek 1535937 odsłon
Eine, 16 lipca 2008 r.

Stanisław Vincenz - pisarz "bliższej ojczyzny"

Kiedy już swobodnie czytałem, to sam wybierałem sobie książki z biblioteczki dziadka, bo ojca księgozbiór był dla mnie nudny jak mamałyga w południe.Pamiętam ten dzień, kiedy otworzyłem gruby tom w kolorowej, miękkiej oprawie z bardzo długim tytułem:Na wysokiej połoninie, tom I, Prawda starowieku Obrazy, dumy i gawędy z Wierchowiny HuculskiejZ dziwnym bo nie polskim, nazwiskiem autora : Stanisław Vincenz.Jakim cudem ta książka ,wydana w “Roju” w roku 1936 uniknęła pożogi trzech frontów wojennych (1939,1941,1944), po dziś dzień nie wiem.Próbowałem to ustalić w wieku dojrzałym, ale z mizernym rezultatem. Kursowała w rodzinie wersja, że to prawdopodobnie babka( od strony ojca) ,której udało się razem z córką w 1940 roku, w maju, podczas kilkudniowego otwarcia granicy pomiędzy Sowietami a Niemcami przedostać  ze Lwowa przez Przemyśl do Krakowa, przywiozła tę książkę w jedynej walizeczce, ale ona sama zaprzeczała tej wersji z oburzeniem:- Akurat, nie miałabym nic lepszego od książki zabrać ze sobą? Zostawiłam bolszewikom srebro stołowe, komplet na 12 osób, prezent ślubny od mojej babci Ksawerki, Panie świeć nad jej duszą, a ty mi mówisz, że wiozłam książkę i to książkę ,w której ten samozwańczy Hucuł źle pisze o Kołomyi i banialuki wyplata o rodzinie twojego dziadka, a mojego męża.To pierwsze ( o Kołomyi) było prawdziwe, chociaż wybaczalne: Vincenz, to Homer huculszcyzny szlacheckiej, pasterskiej i chasydzkiej, a Kołomyja to europejskie miasto z sądem, więzieniem, bankiem i świetnym gimnazjum, po Czerniowcach- drugie centrum miejskości Bukowiny.Natomiast, co do tych relacji o rodzinie dziadka występujących w Na wysokiej połoninie i określonych zwrotem “banialuki”, to babka nie miała racji żądając od Vincenza wiernej historii, gdyż dzieło to poprawnie odczytał zaraz po ukazaniu się drukiem Jan Bystroń pisząc[1]:“Nie jest to też odtwarzanie zaginionej już przeszłości, nie jest to cofanie się wstecz, nie jest to powieść historyczna czy pseudohistoryczna: wszystko to dzieje się poza granicami czasu, może być pojmowane zarówno w chwili dzisiejszej czy też w odległej przeszłości. Cały ten samorodny i piękny świat zamkniętej w sobie kultury jest skomponowany i zharmonizowany ponad rzeczywistością, w jakimś innym wymiarze, podniesionym siłą wyrazu artystycznego do wyżyn epopei. Nie jest to etnografia, to jest epopeja."Wspomniany tom pierwszy epopei Vincenza, długo był w naszej rodzinie głównym ogniwem łączącym dom z tym, co się krótko i boleśnie określało “Kresy”, oraz fizycznym dowodem tego, że opowieści krewnych snute podczas świąt lub spotkań weselnych lub pogrzebowych o Worochcie, Kołomyi, Kosowie, Żabiem,o rzekach Czeremoszu, Prucie, Serecie i szczytach górskich Irhcu, Kostryczu, Babie Lodowej, Palenicy były prawdziwe, albowiem właśnie o tym wszystkim – jeszcze przed wojną- napisał pan Stanisław książkę.Kiedy już po studiach opuściłem dom rodzinny i przeniosłem się do “stołycy” przeżyłem odkrycie, dzięki zeszytom “Kultury”, że Vincenz żyje w Szwajcarii i pisze dalej.Fragmenty wspomnień “ Dialogi z Sowietami” rozpoczynają rozdział mojego życia przepełniony fascynacją twórczości tego myśliciela i pisarza. Zgromadziłem w nastepnych latach każdy wydany tekst jego pióra i teksty innych o nim. Ważne epizody jego życia, aż po bolesne odejście, wplotłem w moje życie, mieszając fikcje i zmyślenia literackie z prawdą egzystencjalną, która była udziałem moje rodziny (a nawet przyjaciół) pochodzącej wszak z tej samej, niepowtarzalnej, “bliższej ojczyzny”.To nie starsi ode mnie, moi krewni, wędrowali graniami Czarnohory, wczasowali w Worochcie, nie omijali żadnego chramu, kajakowali po bystrym Czarnym Czeremoszu lub leniwo płynących wodach Prutu, a także nie oni tworzyli kruhlek z ognistymi mołodyciami na deskach pod rozgwieżdżonym niebem Krzyworówni lub Żabiego, tylko ja w marzeniach i snach ,w dzień i nocą, a przecież mieszkający kolejno na Powiślu tuż pod skarpą z budynkami uniwersytetu, Bielanach i Wilanowie, nieustannie uciekałem na Pokucie i Bukowinę.“Vincenzjana” w mojej biblioteczce rosły, by szczytować na początku lat osiemdziesiątych czterema tomami “Na wysokiej połoninie”. W 1981 roku podczas tygodniowego spotkania filozoficznego w Stadnikach, w seminarium duchownym  u "Sercanów", podszedł do mnie wysoki, szczupły mężczyzna w okularach o grubych soczewkach i zapytał krótko: czy Pana rodzina ma coś wspólnego z Pokuciem lub z Bukowiną, a może z Kołomyją?Był to syn ,najmłodszy, Stanisława Vincenza- Andrzej. Były więc długie rozmowy na spacerach po okolicznych pagórkach, i dzięki nim moja dusza napełniła się obrazami życia Stanisława Vincenza na wygnaniu, w Grenoble nad Izerą i w la Combe de Lancey w Delfinacie. Potem dostałem zaproszenie na sesję w KUL-u ( w roku 1987)  poświęconą Vincenzowi, podczas której poznałem młodych badaczy twórczości pisarza o znakomitych warsztatach pracy, a jednocześnie ,w sposób niezawiniony przez nich, warsztatach jakby pękniętych, bo nie wyrosłych z osobistego doświadczenia egzystencjalnego bycia w Krzyworówni lub w Słobodzie Runguskiej u podnóża Synyci lub Rokiety.
Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Uwaga! Zmieniliśmy sposób komentowania, ale nadal możesz przeczytać stare komentarze do tego wpisu.

Zobacz komentarze

Tematy w dziale